Kategorie
Pisze bo mogie.

Wespół w zespół, czyli o tym, że lubimy solo.

Od jakiegoś czasu próbuję coś tam sobie muzycznie tworzyć. Niektórzy mówią, że jakoś mi to wychodzi, z czego się w sumie cieszę. Niedawno znajomy podsunął mi pomysł na podniesienie popularności czyli współpraca z kimś, kto jest cośkolwiek bardziej znany ode mnie. Pomysł niegłupi, ale wtedy uprzytomniłem sobie, że tak na prawdę nie bardzo wiem, jak taką współpracę ogarnąć. Wiem, co chcę zrobić, jak to ma wyglądać, jednak żeby to komuś jakoś wytłumaczyć… Z tym gorzej. Efekt jest taki, że do momentu aż się tego nie nauczę, skazany będę na robienie wszystkiego samemu. Muszę więc umieć wczuć się w perkusistę, basistę, gitarzystę i jeszcze iluś innych muzyków. Każdy rodzaj muzyki to inny sposób frazowania, w dodatku solówka w tym samym tworze zagrana przez skrzypka, saksofonistę czy gitarzystę zabrzmi zupełnie inaczej. Chcąc dobrze tworzyć muzykę, muszę to wszystko ogarniać samemu. Jest to bardzo pasjonujące, ale mimo wszystko gdybym poznał kogoś, kto ma dobrze ogarniętą gitarę, mógłbym pozbyć się części roboty. Czemu nawet nie szukam? Ano, kłania się ta nieumiejętność współpracy.
Obserwując blogi niektórych użytkowników dochodzę do wniosku, że problem jest szerszy. Jest tutaj parę osób, które robią różne ciekawe rzeczy, jednak nie wszyscy są w stanie ogarnąć całość. W efekcie otrzymujemy coś, co częściowo jest świetne, częściowo bardzo średnie. Ostatnio natrafiłem na takie mikro słuchowisko, które pod względem gry aktorskiej było na prawdę niezłe, jednak autor nie bardzo radził sobie z techniką. W efekcie niektórzy komentujący zwracali uwagę na niedociągnięcia techniczne zamiast skupić się na treści. Takich rzeczy jest więcej i gdyby umówiło się kilku użytkowników o różnych umiejętnościach, mogłoby powstać coś, co jest dobre pod każdym względem.
Tak w ogóle obecne czasy promują właśnie pracę zespołową. ilość wiedzy potrzebnej do w miarę przyzwoitego ogarnięcia konkretnego zagadnienia jest coraz większa i bez pracy w grupie prędzej czy później utoniemy.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Słuchać muzyki czy muzyków?

Dość często spotykam się z opinią, że przede wszystkim należy słuchać nagrań koncertowych, ponieważ tylko takie sytuacje pokazują faktyczne umiejętności wykonawcó. W studiu można poprawić, powtórzyć dziesiątki razy, skleić jedną solówkę z kilku lub nawet więcej prób, nie wspominając już o przeogromnej bazie ułatwiaczy w rodzaju algorytmów typu autotune i innych wyrównywaczy. Z jednej strony coś w tym jest, ale z drugiej należy zadać sobie następujące pytanie: czy słuchamy głównie kunsztu wykonawczego czy delektujemy się muzyką jako taką?
Przyznam, że z reguły bliższe mi jest to drugie podejście. To znaczy oczywiście czasem lubię zadziwić się wirtuozerią do kwadratu, usłyszeć niespotykaną skalę czyjegoś głosu lub niedoścignione opanowanie dowolnego instrumentu, ale z reguły chcę zwyczajnie posłuchać czegoś fajnego i nie zastanawiam się czy pan na bębnach zagrał to faktycznie w punkt czy pomógł mu realizator względnie automat perkusyjny. Nie ma znaczenia czy wokalista tak w ogóle śpiewa jak przeciętny kowalski po paru głębszych, czy jest mistrzem mistrzów. Ważne, że całość fajnie się słucha i już. Oczywiście tu się pojawia druga strona medalu tj. jakość ewentualnych poprawek zwłaszcza w przypadku wokalu. Te wszystkie wyrównywacze głosu są bardzo często używane zbyt mocno i zamiast fajnego wokalu dostajemy tak nienaturalnie czysty śpiew że na prawdę źle się tego słucha. Pomijając jednak kwestie przesadnej dbałości jestem zdeklarowanym zwolennikiem nagrań studyjnych, bo na prawde trudno znaleźć mistrzów, którzy cały koncert zagrają idealnie, a sporo pomyłek odwraca uwagę od muzyki i kieruje ją na muzyków.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Czitowanie, a sprawa polska.

Każda szanująca się społeczność graczy bezsprzecznie potępia stosowanie wszelkiego rodzaju nieprzewidzianych przez twórców ułatwiaczy w grach jak np. jakieś grzebanie w pamięci względnie w plikach coby se dodać życia, kasy, jakichś tam punktów itp. To jest złe, brzydkie, nieuczciwe i w ogóle beee. jeśli ma to miejsce w przypadku jakichkolwiek produkcji, w których dochodzi do jakiegoś konkurowania między graczami, naczelnym przykładem są wszelkiego rodzaju gry online to można się z tym zgodzić, bo wychodzi na to, że wygrywa nie ten, kto jest np. bardziej skupiony, czy tam ma lepszą pamięć lub inny refleks, ale ten, komu lepiej wychodzi zaglądanie w bebechy aplikacjom komputerowym.
Inaczej rzecz się ma z produkcjami offline, bo ani tu konkurencji żadnej nie ma, ani niezbyt da się jakoś szczególnie zaszkodzić innym graczom. Mimo wszystko zdarzają się gracze i to nie jest ich tak mało, którzy dostają piany na ustach słysząc o tym, że ktoś tam sobie we własnym zaciszu, bez udziału kogokolwiek innego pomnaża wirtualną fortunę czy tam rozpędza również nieprawdziwe samochody do prędkości światła i to już dla mnie zbyt zrozumiałe nie jest. Osobiście traktuję to tak samo, jak praktyki w rodzaju czytania książki od tyłu, omijanie wstępów czy ewentualnie przerywanie w połowie i dopisywanie reszty samemu coby kończyło się wg uznania czytelnika. Twoja książka, rób sobie co chcesz. Pomijam wszelkie kwestie związane z wydobywaniem z gier czy innych programów jakichkolwiek algorytmów, dźwięków, obrazków czy czego tam jeszcze, bo to zwyczajna kradzież i jako taka nie podlega dyskusji.
Gry mają służyć rozrywce, tak samo jak większość filmów i beletrystyki. Jeśli komuś sprawia większą frajdę odgłos wyrywanych kartek niż delektowanie się treścią książki, niech sobie przerobi na pojedyncze arkusze dowolne dzieło z encyklopedią powszechną włącznie, o ile jest to oczywiście jego własnością.
Jednym z podnoszonych argumentów jest to, że taki człowiek, który podniesie sobie jakąś tam prędkość czy tam zwiększy ilość amunicji ma ułatwione zadanie w stosónku do innych graczy. Że to jest takie pójście na skróty w miejscu, gdzie inni muszą przedzierać się w trudzie i znoju przez pułapki zastawione przez ekipę deweloperską. Z drugiej strony tym ludziom z reguły właśnie o to chodzi żeby się namęczyć, nakombinować, zdobyć za setnym razem ten wyśniony cel, więc wychodzi na to, że nie ma czego zazdrościć tym, którzy sobie to wszystko ułatwiają tak samo jak ludziom, którzy zamiast jak Bóg przykazał, a ludzie uczyli wspinać się na Kasprowy, płacą naście złych i spokojnie kolejką popylają na górę widoki podziwiać.
Tym bardziej może zastanawiać fakt, że część z tych dyszących świętym oburzeniem graczy jednocześnie traktuje takie sprawy jak religia, w ogóle moralność czy np. podejście do zdrowego żywienia jako prywatną sprawę każdego człowieka. Innymi słowy wydaje się, że zdecydowanie ważniejsze jest dla tych osób uświadomienie użytkownikom, że cheatowanie to zło niż np. fakt, że odpowiednia dieta pozwoli przedłużyć, a zwłaszcza uprzyjemnić życie.
Ciekaw jestem dyskusji w komentarzach.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Uwaga, fanfick!

Bardzo proszę wszystkich o uważne przeczytanie paru poniższych linijek zanim sięgniecie po sedno sprawy.
To jest moja absolutnie pierwsza próba napisania jakiegokolwiek opowiadania więc pewnie roi się tu od wszelkich błędów typowych dla greenhornów i w związku z tym bardzo proszę bardziej doświadczonych pisacieli o krytykę oraz info co i jak można poprawić, bo jeśli nawet uważam, że pomysł może i nadaje się na przedstawienie szerszej publiczności to już z realizacją gorzej.
Druga rzecz, to fakt, że serię o HP przeczytałem w zasadzie raz, bo to, co działo się niemal dwadzieścia lat temu pomijam więc może się zdarzyć, że pewne fakty nie pasują do treści. w takim wypadku również proszę o info.
Na koniec pragnę uspokoić wszystkich, którzy książki pani Rowling mają w głębokim poważaniu. Nie dołączyłem do fanów jej twórczości, a to, co niżej to wprawka, która może kiedyś, w dalekiej przyszłosci zaowocuje czymś poważniejszym. A teraz do rzeczy, jak mawiał tragarz biorąc się za kufry.

Nad Londynem chmury powoli przegrywały walkę ze słońcem, którego promienie liznęły najpierw ścisłe centrum, potem wraz ze zdobywaniem kolejnych połaci nieba coraz dalsze dzielnice, aż do położonej w odległości około sześciu kilometrów Islington. Słońce ogrzewało coraz dalsze ulice, a kiedy dotarło nad Grimmauld Place dwanaście oświetliło głowę drzemiącego na ławeczce przed najwyraźniej świeżo wyremontowanym domkiem młodego człowieka. Widać było, że szkołę ma już za sobą, jednak dorosłość nie trzymała go w swych objęciach szczególnie długo. Mógł mieć jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia kilka lat. Mimo młodego wieku na jego głowie można było zauważyć gdzie niegdzie kilka siwych włosów, a twarz, mimo, że jej wyraz świadczył o odprężeniu właściciela wykazywała po dłuższej obserwacji pewne znaki widoczne u ludzi, którzy mieli, jak to mówią, ciekawe życie. Mimo, zdawałoby się, niestosownej dla tego gatunku pory nad posesją pojawiła się nie wydając nawet szmeru duża, biała sowa i po chwili usiadła na ramieniu młodzieńca. Do nóżki miała przywiązany zwinięty kawałek pergaminu, na którym widniało nazwisko Harry Potter. Młodzieniec, ledwo otwierając jedno oko jeszcze w półśnie odczepił list zauważając przy tym, że nie była to jego Hedwiga i otworzył go. Od miesięcy czekał na dopełnienie formalności związanych z przejęciem posiadłości od Blacków.
"Na skarpetki Merlina, Czemu nikt mi nie powiedział, że z tym będzie tyle kłopotów!" – myślał otwierając szerzej oczy.
"tyle formalności o jeden, głupi domek i jeden głupi remont tego domku! Może rzeczywiście lepiej było splunąć na to wszystko i kontem zamieszkać w Norze? Umowa w siedmiu egzemplarzach, na każdej stronie podpis każdego ze świadków i oczywiście mój." – to już myślał otwierając list. Zanim zabrał się do czytania przemyślał jeszcze kwestie konserwatora zabytków1), który musiał wyrazić zgodę na remont i oczywiście kolejne pergaminy, znowu sto tysięcy podpisów2), komisję do spraw urokó3), która prócz tego, że sprawdziła każdą cegłę pod kątem czarnej magii to oczywiście przytargała swoje teczki, inną komisję, która z kolei miała nadzorować przebieg samego remontu i zabezpieczać teren przed mugolami i oczywiście po robocie znowu podpisy, na koniec ostatnia, zdawałoby się, tym razem komisja sprawdzająca szczelność antymugolskich zasłon i czarów rzuconych przez poprzedników. Oczywiście protokół zdawczo odbiorczy należało podpisać. Potem jeszcze tylko obiegówka w ministerstwie i chyba piętnastu urzędach, które zarejestrowały nowego właściciela, nowe instalacje magiczne, nowy identyfikator w sieci Fiuu, nową wartość podatku magicznego i jeszcze kilkadziesiąt innych zmian w rejestrach, księgach, indeksach, wyciągach i Merlin wie jeszcze w czym. Wszystko w kolejkach dziesiątek, a często setek czarodziejów, a każdy z sową, ropuchą, szczurem czy innym zwierzakiem, bo przecież może się okazać, że: "z powodu braku okazania przez obywatela zaświadczenia o stanie zdrowia do siódmego pokolenia włącznie stanowiącego załącznik do formularza numer…" trzeba będzie w te pędy wysłać kogo trzeba, gdzie trzeba po odpowiedni pergamin, bo wymagane zaświadczenie ma ważność dokładnie czterdziestu ośmiu minut. Wszędzie kłótnie, które z czarodziejów przerzucają się na skrzaty domowe, bo co poniektórzy je również taszczyli do tego piekła zwanego Ministerstwem Magii, potem na zwierzęta, no a dalej to już tylko urzędnicy, którym sowy zabierają niewłaściwe zaświadczenia często gęsto raniąc palce do krwi, bo właściciel upiera się, że musi dostać w ciągu pięciu minut formularz e105/96, który to numer został źle zapamiętany, bo nie jest to wniosek o wniesienie skargi post mortem, tylko zaświadczenie o niekaralności dla kandydató4) na aurorów trzeciej klasy.
W takich sytuacjach Harry niemal tęsknił do śmiesznych problemów, jak upadek z miotły kilkadziesiąt stóp nad ziemią czy przejażdżka na smoku, który ma chęć wypróbować ogień na wszystkim co się rusza.
Lekki wietrzyk sprawił, że list otarł się o czoło Harrego i to sprawiło, że w końcu zaczął studiować jego treść. A brzmiał jak następuje: "w związku ze szczególnym charakterem niniejszego pisma, prosimy, w celu identyfikacji o umieszczenie kropli krwi odbiorcy w miejscu zaznaczonym na czerwono."
Druga strona pergaminu zawierała następujący tekst: "jeśli nie jesteś odbiorcą niniejszego pisma prosimy o oddanie dokumentu do rąk własnych Harrego Pottera, zamieszkałego" tu następował dokładny adres, a dalej: "Uwaga! jeśli dokument nie zostanie dostarczony w terminie siedmiu dni pod podany adres, ministerstwo zmuszone zostanie do zastosowania wobec obywatela konsekwencji, zgodnie z art. 18 ustawy z dnia 24 maja 1492 roku kodeksu karnego! Obywatel ma prawo do apelacji w terminie 15, słownie piętnastu dni roboczych od terminu ogłoszenia wyroku."
Harry zastygł w bezruchu, bo takiego czegoś nigdy nie widział na oczy, a w swoim dwudziestoletnim życiu nie było wiele takich rzeczy, które mogłyby należeć do tej kategorii. Po chwili otrząsnął się i, może z pewnym wahaniem ale jednak, upuścił kroplę krwi na czerwone kółko na środku prawie czystego pergaminu. W pierwszej chwili prawie nic się nie stało, po za lekkimi zmianami temperatury trzymanej kartki, jednak po chwili nagle pojawił się tekst: "szanowny panie. Z przyjemnością pragniemy poinformować o pozytywnym rozpatrzeniu sprawy nr. 2547251/96. W związku z tym prosimy o stawienie się osobiście w dniu jutrzejszym w samo południe w miejscu oznaczonym na mapie".
Jeszcze przez kilka minut Harry wpatrywał się w to dziwadło, a zwłaszcza w kawałek mapy, która bez najmniejszych wątpliwości przedstawiała centrum wioski Hogsmeade, a na gospodzie pod Trzema Miotłami był narysowany mały krzyżyk.
Z domku wyszła Ginny, która z lekkim zaniepokojeniem obserwowała narzeczonego od kilku minut.
– W co ty się tak wpatrujesz? zapytała ale gdy próbowała rzucić na wciąż trzymany w ręku Harrego pergamin, tekst momentalnie zblakł, a kartka zniknęła, zostawiając po sobie tylko lekki, nieznany obojgu zapach.
– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział nadal osłupiały Harry.
– ktoś… jakaś instytucja, bractwo czy inne takie chcą, żebym jutro pojawił się w…
– czemu nie kończysz?
Harry, o ile to możliwe osłupiał jeszcze bardziej. Próbował wypowiedzieć tak i owak miejsce i termin spotkania ale z jakichś przyczyn usta nie chciały go słuchać. W końcu wzruszył ramionami, chociaż jego twarz powoli zmieniała wyraz z kandydata do mistrzostw w zadziwieniu do zaledwie średnio zaniepokojonego.
– Wiem, że to zabrzmi idiotycznie ale nie jestem w stanie wydusić z siebie miejsca i czasu tego… hm… spotkania.
— ale… ale… – Ginny z kolei pobladła, a z jej oczu trysnęły łzy.
– spokojnie, czuję, że to nic strasznego. – Harry głaskał narzeczoną po włosach.
– To na prawdę nic złego, a akurat takie rzeczy umiem rozpoznać.
– Czy ty nigdy nie przestaniesz pchać się w takie… takie… – Ginny natychmiast obeschły oczy, a przerażenie zamieniło się błyskawicznie w złość.
– Uwierz, że tym razem nie tylko nie mam bladego pojęcia co to coś może znaczyć ale od tamtych wydarzeń wszystko co robię można śmiało zaliczyć do nudnej codzienności przeciętnego czarodzieja.
– Jasne – prychnęła Ginny – i ta codzienność przysyła znikające listy, które sprawiają, że nie jesteś w stanie powiedzieć mi gdzie jutro jedziesz? Bo oczywiście nie będę przeszkadzać bohaterowi w bronieniu świata przed całym złem, jakie może wyrządzić komukolwiek krzywdę!
Harry westchnął z rezygnacją. Jego narzeczona była pod dyskretną opieką psychologów ze Świętego Munga. Nie doszła jeszcze do równowagi, z resztą jak większość uczestnikó5) tamtych wydarzeń. Harry, mimo, że był centralną postacią trzymał się stosunkowo nieźle i już po kilku miesiącach został uznany za na tyle sprawnego czarodzieja, że przestano nim się interesować. Ginny z resztą też nie przechodziła tego wszystkiego źle. Wspomniał Malfoya, który do pamiętnych wydarzeń był jego śmiertelnym wrogiem, jednak gdy mijał go w szpitalu siedzącego najczęściej w ogrodzie i rysującego najczęściej na płachcie pergaminu kreski, śliniąc się, często płacząc i drąc w strzępy nie tylko ową płachtę ale również ubranie, a czasem raniąc się niemal do kości długimi, połamanymi paznokciami, które odrastały po każdym przycięciu w kilka minut nie mógł obok niego przejść obojętnie. "Czas leczy rany" tak mówili lekarze w spokoju znosząc szaleństwa licznych pacjentów6), dla których trzeba było dobudować specjalne piętro z różnymi, nietypowymi wynalazkami, do których zatrudnione, prócz goblinów i skrzatów domowych zostały nawet niektóre centaury i inne, często jeszcze dziwniejsze istoty.
Harry otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na Ginny, która uspokajała się równie nagle jak przedtem wybuchała.
– obawiam się, że to jest coś w rodzaju rekrutacji do szkoły i tak łatwo się z tego nie wykręcę. Czuję, że to jest coś takiego i raczej nie mam wyboru.
Ginny nic już nie mówiąc wzruszyła ramionami i poszła z powrotem do domu.

Ciąg dalszy, o ile krytyka choć jedną suchą nitkę na mnie zostawi, nastąpi.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Wszyscy to wiedzą ale każdy powie wiele razy.

Wczoraj jednym uchem słuchałem sobie internetowej rozmowy gdzieś na Teamtalku chyba. Dyskusja toczyła się o jakiejś książce, która wg jednego z interlokutorów była dobrą, gdyż mówiła o "prawdziwym życiu". Zacząłem się zastanawiać jak to jest z tymi "dobrymi" książkami, filmami, piosenkami itd. Na marginesie pdodam dla tych, którzy nie czytają wpisu korzystając z linijki brailowskiej, że słowo "dobry" piszę tu w cudzysłowie. Rzecz w tym, że zastraszająco dużo osób uważa literackie wyroby za udane, gdy przesłanie z nich wynikające jest zbieżne z poglądami czytelnika. Brzmi nieźle ale często problem w tym, że nic nowego z tego nie wynika. Setki i tysiące wytworów sztuki dokładnie o tym samym. Wybieramy pomiędzy czymś, co można streścić w słowach "ah, jakaż códna jest miłość!" albo "miłość to nie je bajka!" albo "świat jest zły!" względnie "co byś nie zrobił i tak cię udupią" albo "wszystko mie zwysa i powiewa!" ewentualnie "ten świat to nie na moje biedne głowę", jeszcze "dżungla dokoła, przetrwają silni!" no i na koniec "a jebać to wszystko!". Oczywiście nie twierdzę, że dokładnie całą sztukę można posortować i przyporządkować do powyższych kategorii, są dzieła, których każde zdanie potrafi dostarczyć materiału do rozmyślań na wiele godzin w wannie, czy gdzie tam kto rozmyśla nad istotą bytu. Najczęściej jednak wybierając któryś z wymienionych poglądów szukamy wytworów myśli ludzkiej potwierdzających trafność obranej drogi. W tym kontekście zastanawiający jest fakt prób "nawracania" niewiernych na jedyny, słuszny sposób na życie promowany przez autorów, bo z reguły i tak ich dzieła czytają ludzie, o zbieżnych przekonaniach.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Byó sobie Tomuś.

Siedzę właśnie w Storybox nagrywając jakąś książkę o Francji. Za parę godzin wrócę do żony i córki, w planach mam nagranie podcastów kilkoro, prócz tego kiedyś tam zamierzam otworzyć własną firmę i w ogóle, planów dużo. Znajomi twierdzą, że mam bardzo dobrze ogarniętą orientację przestrzenną, potężny bałagan, prócz tego mam nadzieję, że to poczucie humoru i dystans do siebie też jakiś tam posiadam. Wszystko fajnie, ale gdybyście mnie poznali ze dwadzieścia lat temu mięlibyście o mnie zupełnie inne zdanie. Nie chodzi tu o to, że dopiero w szkole byłem i siłą rzeczy do pracy jeszcze trochę mi brakowało, ale hm… tomecki z czasó podstawówki to dziwadło jakich mało! Z dyktafonem w ręce, w powyciąganych dresach, z odwiecznym i hm… bardzo widocznym katarem, bez kapci, ogłaszający światu jakieś głupoty bez związku z rzeczywistością był traktowany niemal jak upośledzony umysłowo. Chyba tylko oceny z przedmiotów ścisłych uratowały małego Bilka przed przeniesieniem do szkoły specjalnej.
Do tego wszystkiego brak zainteresowania sportem, disco polo również nie przyczyniało Tomeckiemu popularności. A może inaczej. Przyczyniały, ale in minus. W grupie byłem ignorowany niemal przez wszystkich, bo niby o czym ze mną gadać? Pojedynki Legia vs Widzew mnie nie interesowały, przegrywanie kaset z najnowszymi hitami tym bardziej, artykuły z "przeglądu Sportowego" czytane w grupie też, a gadać coraz to o nagrywaniu i puszczać sobie wzajemnie nagrania poczynione podczas weekendu w domu albo czasu wolnego w internacie… jedyne co niby zostawało to komputery, bo jakoś to mnie nawet wciągało, ale niemal wyłącznie jako narzędzie do zabawy dźwiękiem. inna rzecz, że nie było tej zabawy zbyt dużo, bo na Dos próżno szukać dobrych edytoró dźwięku. Ostatnim gwoździem do trumny był fakt przyjaźnienia się z równym, a może nawet większym dziwakiem, którego wygląd sprawiał, że stanowiliśmy komedię nad komediami. Normalnie lokalny Flip i Flap. Razem i osobno robiliśmy obciach dokumentny nie zważając czy obserwuje nas ktoś nieznajomy, czy siara idzie jeno lokalnie. Wyobraźcie sobie taki oto obrazek: idzie sobie jeden taaki duży, drugi taaki mały trzymając się za ręce, obaj wieku lat mniej więcej dwnastu, obaj w ubraniach jak psu z gardła wyjętych, śmieją się nie wiadomo z czego, prześcigają się w wymyśleniu bardziej idiotycznego i mniej pasującego do sytuacji słowa, bekają co chwila, a już największa radość jest gdy spotka ich ktoś obcy i spyta "co robicie?" wtedy to już trzeba się wysilić aby jakiś kretynizm porządny wymyślić. Natykając się na cokolwiek nietypowego np. kamień na drodze, rower z nietypowym dzwonkiem komentują rzecz w sposób nieprzewidywalny i oczywiście totalnie niepasujący do sytuacji. Nie wiem czy gdzieś znajdę tego próbkę, ale może się coś ostało, bo opisać to trudno. W każdym razie motto Tomeckiego to: "życie jest po to, aby nagrywać", a małym druczkiem "i po pięciu sekundach od nagrania odtworzyć, najlepiej nieco szybciej lub wolniej od oryginału, a im większe owo odtworzenie będzie zwracać uwagę tym lepiej". Chłopaki z grupy szybko się uodpornili na to więc trzeba szukać dalej. Goście przyjeżdżający obejrzeć niewidomych, pani w sporzywczym, dyrygent na próbie orkiestry, w której grał tata, caałe kolonijne towarzystwo itd.
Oczywiście jak większość wyalienowanych osób próbowałem zwrócić jakoś na siebie uwagę i jak w większości tego typu przypadków, wybierałem chyba najgorszy z możliwych sposobów czyli wspomniane już nagrywanie wszystkiego, wygłupy w najmniej spodziewanych momentach, jakieś niedorzeczne historyjki, słowa bez związku wtrącane do poważnych dyskusji i takie tam. W myślach i to chyba też norma, uznawałem wszystkich za debili, bo nikt nie umiał przeniknąć tej mojej osłonki głupoty. Przecież w głębi byłem normalny – fakt, interesowałem się dźwiękiem i to tak na ostro, ale prócz tego miałem jakieś tam przemyślenia, czytałem niegłupie, jak na mój wiek, książki, a w wieku dojrzewania, wbrew temu, co pokazywałem na zewnątrz, również odpowiednie kwestie zaczęły mnie interesować. Jednak jeśli wszyscy cą widzieć śmiesznego Bilka to będę śmiesznym Bilkiem, a tak po za tym proszę dać mi spokój, boście buce! Przy czym bucami byli wszyscy – inni z grupy i klasy, bo to dzieciaki albo pajace, nauczyciele, bo jacyś nieżyciowi są, wychowawcy, bo nie widzą we mnie normalnego człowieka… Na szczęście było parę osób, które coś tam zauważyły i próbowały do mnie dotrzeć i czasami udawało im się wydobyć ze mnie prawdziwego tomeckiego, ale łatwe to nie było i efekt osiągali raczej krótkotrwały.
Przyszła klasa trzecia gimnazjalna i.. nagle coś się dziwnego stało. No bo tak: ani jakoś specjalnie się nie zmieniałem, ani nawet nie starałem się bardziej niż wcześniej, mimo tego jakoś zaczęto ze mną częściej rozmawiać, a nawet znalazło się dziewczę, które chciało ze mną się spotykać na gruncie, że tak powiem, bardziej prywatnym Do tej pory zastanawiam się co się właściwie zadziało i nie znajduję żadnej sensownej odpowiedzi. Mówią, że dojrzałem, że kobita zmieniła, ale jakoś nie mogę się do tego przekonać.
Do końca gimnazjum byłem w Laskach, natomiast liceum to już zupełnie inna bajka. Tzw Poniatóka to jedno z elytarnych szkół Warsiaskich, do którego ledwie ledwie, ale się dostałęm. Nowi ludzie, nowe zasady, całkowity reset relacji. No i oczywiście kubeł zimnej wody wylany na głowę. W laskach najlepszy z matmy i ogólnie ścisłych, w muzycznej robiłem za gwiazdę i nagle w liceum okazuje się, że jestem raczej bliżej końca stawki, w muzycznej też tak sobie, może jeszcze ratuje mnie słuch, bo kształcenie słuchu idzie nieźle. W dodatku znajomości… jak można tak szybko się poznawać! to przecież jakieś nienormalne jest! W czasie gdy ja zacząłem poznawać ze trzy głosy na krzyż, reszta klasy wiedziała o sobie wszystko i jeszcze trochę więcej! Efekt łatwy do przewidzenia – w podyktowaniu z tablicy nie ma problemu, ale imprezy urodzinowe czy inne nieoficjalne wyjścia raczej mnie omijały.
Skończyło się liceum, zaczęła się… strefa nieciągłości. No bo co z tą wolnością zrobić? chciałbym oczywiście na reżyserię dźwięku, a potem się zobaczy. Niby wiem, że do studia mnie raczej nie przyjmą, do nagłośnieniówki tym bardziej, ale może coś swojego założę… w każdym razie nie ma się co tym przejmować, bo na szczęście przede mną pięcioletnie odroczenie wyboru. Nagle okazuje się, że ze studiów nici, bo jak powiedział jeden z wykładowców, którego nazwiska wolę nie wymieniać, "dzisiaj realizacja głównie polega na patrzeniu we wskaźniki więc chętniej przyjelibyśmy głuchego niż ślepego." cóż, mówi się trudno. W tamtym czasie ni cholery nie umiałem walczyć o swoje więc wyboru trzeba dokonać już. W pierwszej kolejności wyprowadzka od rodzicó, co prawda do babci, ale babcia często zajmuje się wnukami i nie ma jej w domu tygodniami. Mogłem mówić, że "mieszkam sam" i dumny byłem z tego niesamowicie. Inna sprawa, że gdy babcia przyjeżdżała to pierwsze co robiła to ogólna deburdelizacja.
Przydałaby się jakaś robota. Na dobry początek przepisywanie nagrań. Polegało to na tym, że dostawałem nagrane wywiady z ludźmi przeprowadzane przez instytuty badawcze i miałem zrobić z tego plik tekstowy. Robota prosta, kasy tyle co nic, ale mogę powiedzieć "pracuję!" Z czasem tekstó zaczęło brakować i trzeba było wymyślić coś nowego. Na szczęście przydarzyło się studium realizacji dźwięku na Tynieckiej, czyli dwa lata spokoju! Równocześnie zaczął powstawać Tyflopodcast jako odpowiedź na amerykański Blindcooltech, którego już nie ma. Na początku wyglądało to tak, że każdy mógł nagrać cokolwiek i bez żadnej obróbki szło na stronę. Idea bardzo mi się spodobała i obecnie najstarszym podcastem jest mój na temat leciwego Kajetka. Oczywiście żadnej z tego kasy nie było, każdy nagrywał za free, jak w Blindcooltech. Potem przejął to Firr i zaczęła się papierkologia, ale i kasa. Trzeba było kogoś, kto te wszystkie podcasty uładzi, a że miałem już papier ze studium, że jestem certyfikowanym kręcigałą tak więc mogłem się chwalić, że nie tylko pracuję, ale nawet w zawodzie! Wszystko fajnie, ale w gruncie rzeczy przydałoby się jeszcze coś takiego, co się zwie etatem, a z tym to już był problem. Z resztą praca pracą, a co po za tym? siedzę w czterech ścianach, znajomi tylko w necie, żadnych pomysłów na tzw. życie, kobity brak a nawet jeśli to albo zajęta albo hm… jak tu zagadać?
Ostatecznie jakoś wybrnąłem z sytuacji i kobita się pojawiła, ale sposób wybrałem chyba nie najszczęśliwszy.W każdym razie taką radę mogę dać ty któzy zastanawiają się miesiącami "jak to powiedzieć" przestańcie się zastanawiać i powiedzcie cokolwiek. Coraz więcej nagrywałem podcastó, pisałem na jednej czy drugiej liście dyskusyjnej, efekty można było po jakimś czasie zaobserwować. Ktoś tam mnie wynalazł i zaprosił na jakieś sympozjum czy coś takiego dla niewidomych, inny zaproponował stworzenie muzyki do czegoś tam, potem jakieś jedno, drugie szkolenie z nawigacji GPS, oprawa muzyczna do jednej z regionalnych stacji radiowych, a wisienką na torcie był telefon odnośnie pracy w Storybox.
Po co to wszystko piszę? głównym celem było przedstawienie jednej z dróg, którymi można pójść aby coś w tym życiu osiągnąć, bo to wcale nie koniec! Mam jakieś cele, marzenia, które z czasem chciałbym zrealizować. Po drugie chciałbym pokazać, że nawet ktoś, kto w szkole był uważany za ostatniego nieudacznika i fajtłapę może czegoś dokonać. Po trzecie bardzo ważne jest jeśli nie masz pomysłu na pracę, za to posiadasz jakąkolwiek wiedzę aby robić cokolwiek – prowadzić bloga, nagrywać podcasty, udzielać się na forach, gdzieś pisać, chodzić, innymi słowy jakoś się pokazać. Bez tego nikt nas nie zobaczy!
Ludzie często mi mówią, że mam pracę po znajomościach. I tak i nie, bo te znajomości z niczego się nie wzięły, bo gdyby nie Tyflopodcast nie poznałbym Michała, gdybym nie poznał Michała nie dostałbym prawdopodobnie tej oprawy muzycznej, no i przez dźwiękowe tyflopodcasty tak na prawdę dostałem pracę. inna rzecz, że prawdopodobnie ileś szans w swoim życiu zmarnowałem i może gdybym swego czasu to czy owo wykorzystał nie wiadomo co dzisiaj bym robił, ale cóż… jest jak jest, a co będzie dalej zależy w dużej części ode mnie. Im więcej ludzi poznamy, im więcej miejsc odwiedzimy, w im więkdszej ilości portali się pokarzemy tym większą mamy szansę, że ktoś nas zauważy i coś od nas będzie chciał w zamian za… tu już można fantazjować do woli.
tyle na dzisiaj. Czas pracy dobiegł końca, muszę jeszcze pojechać do Lidla, zająć się córką, przytulić żonę, nadrobić zaległości Tyflopodcastowe i…. coś pewnie wyjdzie po drodze.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Niewidomi tylko bardziej.

Parę lat temu zdarzyło mi się popracować na Niewidzialnej Wystawie. Dla niewtajemniczonych rzecz polega na zwiedzaniu kilku pomieszczeń zrobionych na miejsca życia codziennego. Przeważnie przychodzą tam ludzie, którzy ciekawi są życia niewidomych, albo w ogóle chcą czegoś niestandardowego doświadczyć. Prócz tego są wyprawy szkolne, ale kategorią specjalną są wycieczki z PZN. To, co wygadują i robią uczestnicy to się fizjologom nie śniło. Dziś chciałbym opowiedzieć o jednym takim, którego będę pamiętał po kres swoich dni. Jeśli w takiej wycieczce bierze udział osoba całkowicie niewidoma, z reguły ma przewodnika, którym przeważnie jest ktoś z rodziny. Tak też było w tym przypadku. Cały komizm, lub dramat sytuacji objawił się po wejściu do ciemności, bo człowiek nadal chciał żeby prowadzał go ten przewodnik, który jak niemal wszyscy widzący był bezradny jak… ktoś bardzo bezradny. Wszyscy włączyli się w akcję zamiany ról, ale człowiek twardo stał przy swoim. On jest podopiecznym, prowadzić ma przewodnik. Świat mnie momentalnie zadziwia.

Kategorie
Pisze bo mogie.

W odpowiedzi na wpis użytkownika Marchewaux odnośnie panów z panami, pań z paniami.

Znam trzy reakcje na zjawisko homoseksualizmu. 1. nietolerancja – tu wszystko jasne tj. geje, lezby won ze świata! 2. uznanie za normę więc kochajta się długo i zdrowo kto jak chce i z kim chce, nie moja rzecz. 3. tolerancja i tyle. Tu najgorzej streścić jednym słowem pogląd, bo w zasadzie tu jest całe spektrum różnych poglądów, od "wypalmy żelazem ognia sprawiedliwości wrzód tej choroby, ale to wszystko z litości nad tymi biedakami" po "a gówno mie to obchodzi co oni tam, chociaż tak w ogóle to niezły cyrk, a lezbijki to se można obejrzeć w akcji, bo to podwójna przyjemność jest" plus oczywiście wszystko pomiędzy plus wariacje różne.
Pora na moje stanowisko w tej sprawie. Na początku chciałbym nadmienić, że nie wgłębiałem się w temat jakoś specjalnie. Nie mam, o ile mi wiadomo, bliskich znajomych homoseksualistów, chociaż znalazłby się jeden cz drugi wśród osób, które jakkolwiek znam, ale nie mamy jakichś bliższych kontaktów. Od razu mówię, że ich orientacja nie miała na to wpływu, przy najmniej z mojej strony. Dlatego wszystko to biorę na tzw. chłopski rozum i zdrowy rozsądek przemnożony przez wiarę. W efekcie wyszło coś takiego: po mojemu to zaburzenie, które trzeba traktować jak każde inne. Nikt o zdrowych zmysłach nie ma pretencji do schizofreników o ich chorobę. Co prawda alkoholizm to też choroba, a jednak jest inaczej traktowana i tu jakieś pretensje bywają. Mimo wszystko wydaje mi się, że homoseksualizm jest przeważnie po za jakimś specjalnym wpływem, chociaż obawiam się, że obecna sytuacja sprzyja rozwojowi tej choroby ze względu na obecność mediów, stoważyszeń, które uważają homoseksualizm za normę. Waham się co do podnoszonych niejednokrotnie kwestii socjologicznych tj. przejmowania ról męskich przez kobiety i odwrotnie. Z jednej strony kobieta pracująca to rzeczywiście kwestia ostatnich kilkudziesięciu lat, z drugiej wpisy naszej Eltenowej seniorki swiadczą o tym, że w gruncie rzeczy problemy jakie były, takie nadal są. Kolejnym faktem jest, że dzisiejsze możliwości w zakresie nagłaśniania informacji są daleko większe niż sto lat temu. Jako wisienka na torcie może służyć stan wiedzy ludzkiej na temat seksualności. Chodzi o to, że jeśli spory na temat punktu G trwają nadal i to w gronie naukowców, a w ogóle porządne badania na temat seksualności w ogóle to kwestia ostatnich może sześćdziesięciu lat to hm… chyba nie można tu niczego autorytatywnie stwierdzić.
Co by i nie było, to jednak jakieś problemy wymagają ustosunkowania jak np. posiadanie dzieci przez pary gejów czy lezbijek i tu moje stanowisko jest raczej konserwatywne. Jestem stanowczo przeciwny, a teraz uzasadnienie. Wszelkie dysfunkcje rodzinne takie jak alkoholizm, niepełnosprawność rodziców, samotna matka lub ojciec stanowią jakiś problem, jednak dziecko w tych przypadkach pojawia się hm… samo, tj naturalnie, a z tego co wiem i serwuję więź między rodzicami i dzieckiem jest cholernie mocna no chyba, że rodzice tę więź świadomie lub nie niszczą. W każdym razie zmiana rodziny jest bardzo szkodliwa dla dziecka, dlatego najpierw trzeba spróbować uzdrowić rodzinę biologiczną, dopiero potem poszukać zastępczej. Nieco inaczej jest w przypadku homoseksualistów, bo w tym przypadku nie ma opcji żeby pojawiło się tu dziecko no chyba, że dwie panie w związku postarają się o to hm… z importu. Pozostaje więc adopcja więc dziecko prócz tego, że wychodzi z rodziny biologicznej trafia na poważny problem i to nie fizyczny, który da się taką czy inną technologią pokonać, ale raczej psychiczny czy tam psychologiczny, bo się na tych terminach dobrze nie znam. W dodatku nowa rodzinka nie uważa tego stanu rzeczy za problem, więc siłą rzeczy wpaja taki pogląd dzieciom.
Teraz dwie panie w związku , które mają własne dzieci. Tu problem jest większy, bo było nie było, to rzeczywiście matka jest. Tutaj nie wiem co bym zrobił, bo pojęcia nie mam czy da się sytuację wyprostować i nie wiem czy gorsze jest bycie w związku z drugą mamą czy rodzina zastępcza. Gdyby to ode mnie zależało to zakładając, że da się jakoś to leczyć, ale rzeczywiście leczyć, a nie np. izolować to dla ciążących lezbijek w związkach terapia obowiązkowa, alternatywą byłby rozwód, a jeśli nie to rodzina zastępcza, ale tak twierdzę teraz, bez czytania większej ilości materiałów na ten temat.
Co do ślubów, przy najmniej cywilnych to nie mam zdania.Z jednej strony oficjalne zatwierdzenie tego typu związków rodzi przyzwolenie na traktowanie problemu jako normę, z drugiej ci ludzie rzeczywiście potrzebują takiego związku. Tu chyba zastosowałbym nieco podobną metodę tj. ślób tak, ale konieczna terapia o ile jest możliwa no i oczywiście żadnego potomstwa, a jeśli przydarzy się coś nieplanowanego to patrz wyżej.
Czemu wg. mnie to jest problem? Pomijając fizjologię, która wskazuje jednoznacznie na kierunek tego całego interesu, to z autopsji wiem, że jednak mama od taty się różnią :d. Trudno byłoby znaleźć taką mamę, która mogłaby bardzo dobrze być tatą i odwrotnie – "zmamiałych" ojców też raczej trudno spotkać. Podejrzewam, że takie osoby tj. męskie kobiety i kobiecy panowie mogą się pojawić w wyniku problemów w ich rodzinach, ale tutaj też raczej to sobie wymyślam korzystając z tego zdrowego, chłopskiego rozsądku. Jeśli tak byłoby rzeczywiście to obawiam się, że problemy rodziców będą rzutować na dzieci, a że musiały być na tyle duże, że zakłuciły rozwój emocjonalny przyszłych rodzicó to i konsekwencje mogą być niewąskie.
Nie ukrywam, że chętnie podyskutowałbym z kimś o odmiennych przekonaniach, dlatego ten wpis, jak większość innych jest dostępny również dla niezalogowanych uzytkowników co pozwoli na anonimowe wypowiedzi. Proszę tylko, w razie odmiennych opinii o raczej konstruktywną krytykę miast bluzgów, które nic nie wnoszą do sprawy.

Kategorie
Pisze bo mogie.

Uwaga, pochwała!

W kontekście kilku dyskusji toczących się a to na tutejszym forum, a to w komentarzach na blogach, a to w ogóle po za Eltenem przypomniała mi się sytuacja z przed paru lat. Przyjechał do mnie człowiek chcąc nagrać jakąś swoją piosenkę. Uważał, że robi to nieźle, bo na Youtube komentarze miał pozytywne, z resztą gdy chwalił się przed znajomymi też zbierał raczej dobre opinie, a w ogóle będąc w szkole robił za gwiazdę. Nie muszę wspominać, że chodzi o osobę niewidomą. Przyjechał i zaczyna nagrywać. Rzecz była o tyle ciekawa, że ta piosenka była jego dziełem od początku do końca tj. tekst, muzyka, aranż itd. Siedzi i nagrywa. Dałem mu klawisz, brzmienia różne, które mam i słyszę jak tam coś sobie gra, od czasu do czasu wzdychając. Po paru godzinach podkład zrobiony. Mnie się nie podoba, ale co tam. Ja tu tylko realizatorem jestem, nie krytykiem. Bierzemy się za wokal. "Tu już samemu nie dało rady, bo to nie studio nagrań więc mikrofon trzeba było umieścić jakoś tak, aby brzmiało to jak najbardziej pro, a nie było lekko, bo w domu nie byliśmy sami, w drugim pokoju grało tv, z resztą i pogłos miałem niezbyt dobry. Summa summarum okazało się, że najlepiej mikrofon wrzucić do szafy z ubraniami, a wokalista stoi przed otwartymi drzwiami i twarzą zwrócony w kierunku moich gaci, koszulek i innych takich wyśpiewuje miłosne różności. Też mi się nie podoba, nieśmiało rzucam kilka rad, ale w gruncie rzeczy doświadczenia z mikrofonem prawie nie mam więc nie mogę zbyt wiele. Po kolejnych paru godzinach piosenka nagrana i… tu zawód, bo jakoś nie brzmi to dobrze. Niby dubli dużo, jakieś uwagi w trakcie, ale wokal z aranżem kupy się nie trzymają. Z resztą również traktowane osobno też nie brzmią. Autor również to słyszy no i euforia klęśnie, człowiek wraca do domu w nastroju raczej minorowym, miał pojawić się po paru tygodniach z poprawkami, ale do tej pory nic.
Już wtedy miałem mały problem zawsze, gdy ludzie chwalili kogoś, kto w moim odczuciu śpiewał, grał czy w ogóle robił coś, w moim odczuciu niezbyt dobrze co robić. No bo tak: jeśli go również pochwalę człowiek będzie miał błędne przeświadczenie, że robi super. Jeśli zacznę krytykować wyjdę na takiego, co się czepia. Wyszedłem z tego korzystając z nieco strusiej polityki tj. milczeniem. Wygląda to tak, że jeśli coś mi się podoba to oczywiście mówię, że super, fajne, ewentualnie jeśli jakiś brak zauważę to o nim mówię, ale staram się aby nie zniechęcać tym innych. Jeśli natomiast coś mi się zwyczajnie nie podoba milczę i nie zabieram głosu, zwłaszcza jeśli wszyscy na około to chwalą, a czegoś takiego jest zastraszająco dużo. Jeśli tyczy się sprawa np. pisania to nie przejmuję się zbytnio, bo to nie moja działka, z Polskiego miałem oceny raczej dostateczne i to też raczej naciągane, więc nie moja to dziedzina. Gorzej z muzyką, bo tu mam często gęsto coś do powiedzenia, temat raczej staram się ogarniać i czasem aż rzuca się w uszy, że jest tu sporo nie tak, ale cóż… mam być tym jedynym wrednym? Z jednej strony prawda jest najważniejsza, z drugiej pytanie jak to powiedzieć aby osiągnąć efekt poprawy zamiast obrazy względnie totalnego zniechęcenia, bo przecież usłyszawszy np. że nie czysto, brak wyczucia frazy, dźwięk do d… jak tu się nie załamać? Najgorsze, że taki chwalony człowiek chce gdzieś wyjść, pokazać się, bo przecież każdy mu mówi, że jest dobrze, wspaniale, códownie, w ogóle nic tylko nagrody zbierać i… nagle kubeł zimnej wody wylany na głowę, bo zmieciony jest pod dywan. Na konkursach nagród żadnych, media milczą… to przecież wszystko ustawione jest! media tylko swoich chwalą! konkursy to pupile jury wygrywają! a w ogóle perły przed wieprze!
Uważajcie więc na pochwały, bo wbrew pozorom czasem może to bardzo zaszkodzić.
Tak już na koniec, żeby nie było. To, że nie piszę komentarzy pod wykonaniami różnymi tutaj nie znaczy, że nic mi się nie podoba tylko zwyczajnie nie mam czasu słuchać tutaj wszystkiego. Oczywiście jest kilka rzeczy, które tutaj słyszałem i niezbyt mi się podobały, ale to chyba nie miejsce na rozliczanie Eltenowiczów z ich zdolności.
Jakoś ta końcówka zabrzmiała w moich uszach niezbyt miło więc na koniec coś, może niezbyt super optymistycznego, ale przy najmniej jakieś światełko w tunelu. Jeśli chcesz dobrze grać / śpiewać nie porównuj się do znajomych tylko do tych, z którymi chcesz konkurować. Nagraj się, posłuchaj wśród innych piosenek czy innej twórczości i postaraj się objektywnie ocenić jak wypadasz.

Kategorie
Pisze bo mogie.

A ta muzyka to tera gorsza?

Mówi się, że panie, tera to z tom muzykom to nie tak jak kiedyś. Dawniej to robili muzykie, a dzisiej to takie łupu-cupu jakby kto zepsutom pralkie obstukiwał. Przecież kiedyś to i Anna Rusek… eee, German, Alibabki, Halina Kunicka, a teraz to discopolo panie, gwiazdy jednego przeboju, margaryna, tj. Mandaryna…
No to od począdku. Badacze toczą ciężkie boje o to, co było pierwsze – rytm czy melodia. Z jednej strony serce to czysty rytm, z drugiej… ale kogo to obchodzi. Ominę więc tetrahordy, horały, motety, polifonie, homofonie i inne takie, bo jeszcze mnie jakiś tutejszy muzykolog ochrzani :d. Chciałbym się tu zająć raczej wybitnie praktyczną stroną tego całego muzycznego świata czyli udowodnić, że w gruncie rzeczy tu się nic nie zmienia.
Za czasów tzw. wielkich kompozytorów tj. Bacha, Mozarta i innych takich wszystko, moze po za jakimiś tam wyjątkami było komponowane na zamówienie. Wyglądało to tak, że książę czy inny król miał swoją orkiestrę i potrzebował kogoś, kto będzie pisał różności dla tej orkiestry coby nie było nudno, a że kasy to oni wszyscy mięli jak lodu no i każdy niemal lubi poszpanować to możliwości były szerokie. Wszystko fajnie, ale w gruncie rzeczy z tego wszystkiego korzystało kilka procent społeczeństwa. Cała reszta musiała zadowolić się grajkiem w wiejskiej gospodzie, który rzępoląc na jakimś instrumencie własnego wyrobu, sznapsbarytonem wyśpiewywał co mu do głowy wpadło w rodzaju
"Z tamtej strony Wisły, kapał się dziad z babką,
Babka utonęła do gory kuciapką

Niczego mi nie żal, tylko tej kuciapki,
byłoby z niej fajne futerko do czapki."
Pod koniec XIX wieku taki pan myślał, myślał i wymyślił, że można to co grajom i śpiewajom wpierw nagrać, potem puścić gawiedzi i wszystkie co i raz mogom se posłuchać różności. Oczywiście technologia była raczej droga więc nagrywano przeważnie wielkich tego świata. No chyba, że ktoś był Florence Jenkins, ale o tym warto osobny wpis zrobić. Z czasem sprzęt był coraz tańszy, a więc do "skarbów narodowych" zaczęto dołączać również coraz większą przymieszkę pomniejszych artystów, chociaż różnie to z tym bywało. U nas, jako że wydawnictwa były głównie państwowe, a niestety podstawowym kryterium dostępu do żłoba był stosónek do partii wydawało się głównie to, co było po linii, ewentualnie to, co wyglądało poważnie a dostojnie. Inna rzecz, że wtedy właśnie powstawały sytuacje jak następuje. W pewnym domu kultury miał odbyć się koncert, na którym miał zostać zagrany zbió wariacji Bacha czy innego takiego. Wewnętrzna cenzuera owe wariacje skreśliła, a w uzasadnieniu widniało: "dom kultury to poważna instytuacja i żadnych waryjacji tutaj nijak nie będzie". W efekcie nagrywało się albo ludzi z tzw dorobkiem artystycznym albo pieśni ku czci. Cała reszta grana była po knajpach i ewentualnie rejestrowana na magnetofonach marki Kasprzak i krążyła w społeczności lokalnej tracą na i tak marnej jakości.
Lata dziewięćdziesiąte to wysyp malutkich wydawnictw, bo i kresu dobiegłą cenzura, a i technologia nie wymagała jakichś przesadnych inwestycji. Efekt oczywisty – każdy kto chciał i miał choć trochę kasy mógł nagrać i wydać cokolwiek. Teraz jest jeszcze lepiej, bo kasy już mieć praktycznie nie trzeba, bo sprzęt kosztuje grosze, a wydawać można się samemu na Youtube, Soundcloud, a prócz tego jest kilka serwisów, które pobierając jedynie jakiś procent od dochodów pozwalają wrzucać swoje wymysły na wszelkie serwisy streamingowe ze Spotify, Deezerem, Google Music, Apple Music włącznie. Czy więc dzisiaj nie produkuje się wartościowych rzeczy? Oczywiście dobra muzyka jak najbardziej istnieje, z resztą wydaje mi się, że w podobnych ilościach jak niegdyś, za to w zupełnie innej proporcji wzilość dostępnego chłamu. Czy to źle? wątpię. To po prostu konsekwencja dzisiejszego sposobu życia. Nie ma dymu bez ognia i nie ma postępu bez wzrastającego poziomu lichoty, bo każdy chce swoje światu pokazać, a że się da to i lepiej. Z drugiej bowiem strony wszelkie utalentowane osoby bez nawet odrobiny umiejętności organizacyjnych swoje również mogą wydać.
Jakie wnioski dla przeciętnego Kowalskiego? Kiedyś wystarczyło w sklepie z płytami kupić pierwsze z brzega płyty aby dostać coś na jakimś tam poziomie, teraz trzeba nauczyć się odpowiedniego zadawania pytań wyszukiwarkom. Na Youtube można znaleźć wszystko. Chcesz patostream, masz. Chcesz wirtuozów skrzypiec, laeż proszę. Chcesz genialne dzieci, sto wyników wystarczy? Chcesz nieznaną twórczość Niemena, tuuu, tu jest!
Nie bardzo mam pomysł na zakończenie tej mojej pisaniny więc niechaj będzie jako jest i zwyczajnie tu koniec.