Kategorie
dźwiękownia Pisze bo mogie.

mamy w głowie empetrójkie, czyli jak słyszymy.

Ten wpis jest, jak do tej pory, najdłużej przygotowywanym postem. Problem w tym, żeby napisać jak najbardziej ciekawie, jednocześnie wgłębiając się odpowiednio w mechanizmy słyszenia. Żeby nie było zbyt nudno, teorii słyszenia tak w ogóle jest kilka i tęgie głowy ciężkie dyskursa wiodą na temat tego, która lepsza, a jeśli przechodzimy do problemów pt. szumy uszne zaczynają się dyskusje prowadzone niby po Polsku, ale połowy słów normalny człowiek nijak nie zrozumie, a wszystko dlatego, że tu w ogóle nie wiadomo skąd się to to bierze, ale od początku.
ucho zewnętrzne, środkowe i wewnętrzne to pojęcia znane prawie każdemu po szkole. Kowadełko, młoteczek strzemiączko często również, ale na cholerę to wszystko? Okazuje się, że uszy to bardzo ciekawy wynalazek poziadająco zaskakująco ciekawe rozwiązania techniczne. Chociażby taka niby prosta rzecz. Każdy wie, że uszu mamy dwoje, a mimo wszystko jesteśmy w stanie lokalizować dźwięk we wszystkich trzech wymiarach. Równocześnie wiadomo, że dwa głośniki to stereo, czyli lewo prawo i wsio. Dobiero co najmniej cztery głośniki pozwalają określać dźwięk bardziej w przestrzeni, jednak i tak brakuje wtedy tego trzeciego wymiaru – góra / dół. Zbyt łatwe? no to dodajmy sobie jeszcze fakt, że używając słuchawek można usłyszeć dźwięk np. na górze i z tyłu, jednak odtwarzając to samo na głośnikach wrażeni praktycznie znika. Okazuje się, że kształt naszych małrzowin ma znaczący wpływ na lokalizację źródła dźwięku przez nieznaczną, jednak superistotną dla mózgu zmianę jego parametrów. Żeby było śmieszniej, nie znamy dokładnego algorytmu obliczania tych parametrów i aby zasymulować dźwięk 3d musimy skorzystać z czegoś, co się zwie odpowiedzi impulsowe czyli odpowiednio wypreparowane nagrania testowe.
Ciekawostka numer dwa: różne częstotliwości słyszymy z różną głośnością. To wynika z kształtu małrzowin, kanału słuchowego i paru innych tego typu czynników, które miały pewne znaczenie daawno, dawno temu, zanim urodziły się mumie, a człowiek z maczugami albo i bez nich polował na różne, dziwne stwory. Gdy facet ruszał na polowanie, zostawiając rodzinkę gdzieś tam musiał wiedzieć gdy coś złego się dzieje np. dzieciom. Zauważcie, że gdy dziecko się boi potrafi bardzo wysoko piszczeć, a ten dźwięk jest dość denerwujący, przenikliwy i generalnie dobrze słyszalny, mimo różnych innych odgłosó otoczenia. Właśnie tego rzędu częstotliwości są wzmacniane przez nasz kanał słuchowy. Jego kształt, zamkniętej z jednej strony rurki powoduje, że działa on jak piszczałka, a piszczałki mają to do siebie, że bardzo chętnie wzmacniają jedną, określoną częstotliwość. W tym przypadku ok. 3000, 4000Hz i to jest właśnie ta częstotliwość, którą wydaje dziecię drące się w niebo głosy.
Kolejnym zjawiskiem,często rejestrowanym przez imprezowiczów, o ile ogólny stan na to im pozwala, jest chwilowy problem ze słuchewm po wyjściu z imprezy, zwłaszcza gdy taki jeden z drugim stoi pod głośnikiem. To również naturalny mechanizm, tym razem znajdujący się w uchu środkowym. Są tam dwa mięźnie odpowiedzialne za napięcie błony bębenkowej oraz ruchy trzech kosteczek tj. młoteczka, kowadełka i strzemiączka, odpowiedzialnych za przekazywanie dźwięku dalej, do ucha wewnętrznego. Gdy te mięźnie pracują błona się napina, więc trudniej wprawić ją w drganie, prócz tego system trzech wymienionych kosteczek również gorzej działa, więc i przekazywany dźwięk nie jest tak głośny. Celem tego mechanizmu jest ochrona po pierwsze błony bębenkowej aby nie stało się z nią nic złego pod wpływem zbyt dużej amplitudy drgań, po drugie ochrona dalszych mechanizmów słyszenia, które również nie są niezniszczalne. Tu pojawiają się dwa ciekawe problemy związane z tym interesem. Po pierwsze mechanizm potrzebuje ok. pół sekundy na aktywację tak więc nagłe i głośne dźwięki np. wybuch może być gorszy od ciągłego szumu nawet równie głośnego, jednak to też nie do końca prawda, bo jak każde mięźnie, te również się męczą i po jakimś czasie odpuszczają, a mębrana zaczyna coraz większe harce. Wychodzi na to, że jeśli już musi coś zagrzmieć to najlepiej gdy jest to stopniowo narastający i niezbyt długo trwający dźwięk.
Teraz zaczynamy jazdę z uchem środkowym, które swego czasu wywołało sporą sensację w światku uchogrzebaczy. Jest tam takie coś, co się zwie narządem lub organem Cortiego. Tam zachodzi przemiana fali akustycznej na elektryczną, która via nerw słuchowy wędruje sobie do naszego bioprocesorka. Tu zaczynają się niezłe jaja, bo, uwaga! do mózgu nie dochodzi pojedyncza fala dźwiękowa, a zamiast tego dostaje setki pojedynczych częstotliwości, z których składa sobie sam odpowiednie wrażenia. No i tu właśnie panuje kilka teorii na temat tego, jak to się w zasadzie dzieje. Nie ma sensu wgłębiać się w nie, bo są strasznie mądre i z praktcznego punktu widzenia nie wnoszą do sprawy niczego mądrego, jednak tu również warto napisać o pewnym ciekawym rozwiązaniu. Jest coś takiego co się nazywa komórki rzęskowe, które odpowiedzialne są za tworzenie impulsów elektrycznych do nerwu słuchowego. Jest ich strasznie dużo, bo raz, że jedna taka komórka odpowiada za konkretną częstotliwość, dwa, każda komórka jest kilkukrotnie zdublowana. Po co? ano, bo po każdym wygenerowaniu impulsu taka komórka musi mieć chwilę na ponowne „naładowanie”. Im człowiek bardziej zmęczony tym ten czas potrzebny jest dłuższy. Nie wiem czy również macie czasem takie wrażenie, gdy już, jak to mówią, chodzicie na rzęsach, że klaśnięcie lub inne tego typu dźwięki powodują wrażenie chwilowych problemów ze słuchem, takiej jakby megakrótkiej utraty słuchu, a przy najmniej zciszenia dźwięków. To właśnie problemy z ładowaniem tych komórek rzęskowych.

Ten wpis jest, jak do tej pory, najdłużej przygotowywanym postem. Problem w tym, żeby napisać jak najbardziej ciekawie, jednocześnie wgłębiając się odpowiednio w mechanizmy słyszenia. Żeby nie było zbyt nudno, teorii słyszenia tak w ogóle jest kilka i tęgie głowy ciężkie dyskursa wiodą na temat tego, która lepsza, a jeśli przechodzimy do problemów pt. szumy uszne zaczynają się dyskusje prowadzone niby po Polsku, ale połowy słów normalny człowiek nijak nie zrozumie, a wszystko dlatego, że tu w ogóle nie wiadomo skąd się to to bierze, ale od początku.
ucho zewnętrzne, środkowe i wewnętrzne to pojęcia znane prawie każdemu po szkole. Kowadełko, młoteczek strzemiączko często również, ale na cholerę to wszystko? Okazuje się, że uszy to bardzo ciekawy wynalazek poziadająco zaskakująco ciekawe rozwiązania techniczne. Chociażby taka niby prosta rzecz. Każdy wie, że uszu mamy dwoje, a mimo wszystko jesteśmy w stanie lokalizować dźwięk we wszystkich trzech wymiarach. Równocześnie wiadomo, że dwa głośniki to stereo, czyli lewo prawo i wsio. Dobiero co najmniej cztery głośniki pozwalają określać dźwięk bardziej w przestrzeni, jednak i tak brakuje wtedy tego trzeciego wymiaru – góra / dół. Zbyt łatwe? no to dodajmy sobie jeszcze fakt, że używając słuchawek można usłyszeć dźwięk np. na górze i z tyłu, jednak odtwarzając to samo na głośnikach wrażeni praktycznie znika. Okazuje się, że kształt naszych małrzowin ma znaczący wpływ na lokalizację źródła dźwięku przez nieznaczną, jednak superistotną dla mózgu zmianę jego parametrów. Żeby było śmieszniej, nie znamy dokładnego algorytmu obliczania tych parametrów i aby zasymulować dźwięk 3d musimy skorzystać z czegoś, co się zwie odpowiedzi impulsowe czyli odpowiednio wypreparowane nagrania testowe.
Ciekawostka numer dwa: różne częstotliwości słyszymy z różną głośnością. To wynika z kształtu małrzowin, kanału słuchowego i paru innych tego typu czynników, które miały pewne znaczenie daawno, dawno temu, zanim urodziły się mumie, a człowiek z maczugami albo i bez nich polował na różne, dziwne stwory. Gdy facet ruszał na polowanie, zostawiając rodzinkę gdzieś tam musiał wiedzieć gdy coś złego się dzieje np. dzieciom. Zauważcie, że gdy dziecko się boi potrafi bardzo wysoko piszczeć, a ten dźwięk jest dość denerwujący, przenikliwy i generalnie dobrze słyszalny, mimo różnych innych odgłosó otoczenia. Właśnie tego rzędu częstotliwości są wzmacniane przez nasz kanał słuchowy. Jego kształt, zamkniętej z jednej strony rurki powoduje, że działa on jak piszczałka, a piszczałki mają to do siebie, że bardzo chętnie wzmacniają jedną, określoną częstotliwość. W tym przypadku ok. 3000, 4000Hz i to jest właśnie ta częstotliwość, którą wydaje dziecię drące się w niebo głosy.
Kolejnym zjawiskiem,często rejestrowanym przez imprezowiczów, o ile ogólny stan na to im pozwala, jest chwilowy problem ze słuchewm po wyjściu z imprezy, zwłaszcza gdy taki jeden z drugim stoi pod głośnikiem. To również naturalny mechanizm, tym razem znajdujący się w uchu środkowym. Są tam dwa mięźnie odpowiedzialne za napięcie błony bębenkowej oraz ruchy trzech kosteczek tj. młoteczka, kowadełka i strzemiączka, odpowiedzialnych za przekazywanie dźwięku dalej, do ucha wewnętrznego. Gdy te mięźnie pracują błona się napina, więc trudniej wprawić ją w drganie, prócz tego system trzech wymienionych kosteczek również gorzej działa, więc i przekazywany dźwięk nie jest tak głośny. Celem tego mechanizmu jest ochrona po pierwsze błony bębenkowej aby nie stało się z nią nic złego pod wpływem zbyt dużej amplitudy drgań, po drugie ochrona dalszych mechanizmów słyszenia, które również nie są niezniszczalne. Tu pojawiają się dwa ciekawe problemy związane z tym interesem. Po pierwsze mechanizm potrzebuje ok. pół sekundy na aktywację tak więc nagłe i głośne dźwięki np. wybuch może być gorszy od ciągłego szumu nawet równie głośnego, jednak to też nie do końca prawda, bo jak każde mięźnie, te również się męczą i po jakimś czasie odpuszczają, a mębrana zaczyna coraz większe harce. Wychodzi na to, że jeśli już musi coś zagrzmieć to najlepiej gdy jest to stopniowo narastający i niezbyt długo trwający dźwięk.
Teraz zaczynamy jazdę z uchem środkowym, które swego czasu wywołało sporą sensację w światku uchogrzebaczy. Jest tam takie coś, co się zwie narządem lub organem Cortiego. Tam zachodzi przemiana fali akustycznej na elektryczną, która via nerw słuchowy wędruje sobie do naszego bioprocesorka. Tu zaczynają się niezłe jaja, bo, uwaga! do mózgu nie dochodzi pojedyncza fala dźwiękowa, a zamiast tego dostaje setki pojedynczych częstotliwości, z których składa sobie sam odpowiednie wrażenia. No i tu właśnie panuje kilka teorii na temat tego, jak to się w zasadzie dzieje. Nie ma sensu wgłębiać się w nie, bo są strasznie mądre i z praktcznego punktu widzenia nie wnoszą do sprawy niczego mądrego, jednak tu również warto napisać o pewnym ciekawym rozwiązaniu. Jest coś takiego co się nazywa komórki rzęskowe, które odpowiedzialne są za tworzenie impulsów elektrycznych do nerwu słuchowego. Jest ich strasznie dużo, bo raz, że jedna taka komórka odpowiada za konkretną częstotliwość, dwa, każda komórka jest kilkukrotnie zdublowana. Po co? ano, bo po każdym wygenerowaniu impulsu taka komórka musi mieć chwilę na ponowne "naładowanie". Im człowiek bardziej zmęczony tym ten czas potrzebny jest dłuższy. Nie wiem czy również macie czasem takie wrażenie, gdy już, jak to mówią, chodzicie na rzęsach, że klaśnięcie lub inne tego typu dźwięki powodują wrażenie chwilowych problemów ze słuchem, takiej jakby megakrótkiej utraty słuchu, a przy najmniej zciszenia dźwięków. To właśnie problemy z ładowaniem tych komórek rzęskowych.
Ten mechanizm ma niestety również coś do powiedzenia w chorobach słuchu, bo jeśli któryś zespół komórek rzęskowych lub inna część tego mechanizmu ulegnie uszkodzeniu może się okazać, że nie jesteśmy stanie słyszeć pewnych częstotliwości. Wtedy mogą się pojawić problemy np. z rozumieniem mowy, jednocześnie z przewrażliwieniem na jakieś inne dźwięki np. ruch uliczny. Prawdodobnie również ten mechanizm gdy się "zepsuje" odpowiedzialny jest za powstawanie tzw szumów usznych, jednak na temat ich powstawania to dopiero jest dużo teorii!
Cóż, nie mam pomysłu na jakieś sensowne zakończenie tego wpisu, więc powiem tyle: Może się jeszcze okazać, e to co pisałem nada się jedynie dla celów archiwalnyhch, bo nikt nie mówi, że wszystko wiadomo i może czeka nas jakaś rewolucyjna teoria?

13 odpowiedzi na “mamy w głowie empetrójkie, czyli jak słyszymy.”

Lubię czytać takie posty, a jak jeszcze coś z nich rozumiem to już w ogóle jest dobrze. Nie no, podobało mi się, ciekawie przedstawione.

Tomku, strasznie to ciekawe, bo fachowe, ale napisane prostym językiem. Mnie w kontekście ucha intryguje jeszcze takie zjawisko, bo kilkakrotnie w życiu miałam tak, konkretnie przy zapaleniu ucha i przy problemach z wyrastającymi ósemkami, że na jedno ucho słyszałam pół tonu niżej niż na drugie. Był to dla mnie z jednej strony duży dyskomfort, z drugiej natomiast cholernie intrygujące odczucie.

Bardzo ciekawe. O tych komórkach w kontekście szumów też słyszałem. Pod wpływem komentarza kantyleny przypomniał mi się chyba znany tobie mój epizod, gdy po kilku tygodniach intensywnego niespania, nagle zrobiło mi się coś takiego, że przez 7 dni słyszałem jednostajny pisk a gdy gwizdałem na wysokości tego pisku to słyszałem dźwięki o kwintę w górę. Na szczęście przeszło.

Oczywiście żaden ze mnie laryngolog, ale podejrzewam, że ten pisk to efekt popsucia którejś z tych komórek rzęskowych, ale po pierwsze nie mnie o tym sądzić, bo nie uczyłem się tego w kontekście medycyny tylko realizacji dźwięku. Teraz uzupełniłem wiedzę z jakiegoś kawałka podręcznika czy czegoś wyszukanego via Google na gdańskim uniwerku. Co do tego słyszenia pół tonu w dół to kiedyś też miałem podobną sytuację, jeno było to w pewnym sensie jescze bardziej chore, bo im niższy dźwięk, tym większe odchylenie. f razkreślne było ok, ale już wielkie było o cały ton dla mnie obniżone. Gdy łapałem oktawę mózg mi głupiał i taakie errory wysyłał :d

Teorii bardzo wiele, wlacznie z taka, ze mozg probuje sobie kompensowac strate okreslonych czestotliwosci. Przy jednostronnym ubytku sluchu widze odchylenia o ton w gore. Kiedys bylam zaskoczona, ze uklad rownowagi tez znajduje sie w uchu wewnetrznym, nawet nie chce wiedziec jak to wszystko objetosciowo jest porozmieszczane. 😛

A ja mam czasem tak, że gdy słucham książki z odtwarzacza, w oddalonym uchu pojawia mi się coś jakby uderzenie w bębenek.Przeważnie przy literach b i p. Strasznie mnie to denerwuje.

fajnie by było tomecki żebyś opisał albo jakoś spróbował opisać dla wszystkich co się dzieje po np tegretolu, czy podobnych lekach przeciwpadaczkowych, tzn dlaczego po ich zażyciu wszystko słyszymy niżej bynajmniej ja, i paru moich znajomych tak mialo po zażyciu tegretolu, że słyszeliśmy wszystko o pół, a nawet w niektórych dniach o cały ton niżej.
Najgorsze jest to że przez kupe lat walczyłem z lekarzami, neurologami i nie byłem im w stanie udowodnić i pokazać, że faktycznie tak jest, że te leki tak robią, bo to usłyszeć mogą jedynie muzycy niestety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *